W latach siedemdziesiątych miał miejsce eksperyment. Studenci udający, że słyszą w głowie jakieś głosy, zgłosili się po pomoc do psychiatrów. Wszyscy zostali przyjęci do szpitali. Siedmioro otrzymało diagnozę schizofrenii, a u jednej osoby stwierdzono chorobę dwubiegunową. Co jeszcze bardziej ciekawe, żaden z lekarzy nie zorientował się, że studenci symulują, natomiast "prawdziwi" pacjenci mieli podejrzenia, że nowo przyjęte osoby są zdrowe psychicznie. Jak to możliwe? Odpowiedź na to pytanie jest bardzo złożona i niejednoznaczna. A przypuszczalne wyjaśnienia można znaleźć w świetnej książce brytyjskiego psychiatry, o której dziś opowiem.
W psychiatrii brakuje badań, które dałyby pewny i jednoznaczny wynik, co ułatwiłoby postawienie trafnej diagnozy. Jak przyznaje autor dr Benji Waterhouse: "Nie można zobaczyć zaburzeń urojeniowych, nie da się wyczuć palcami choroby dwubiegunowej. Nie ma badania krwi na depresję. Żadne prześwietlenie nie ujawni pęknięć i szczelin załamania nerwowego. Głosów w czyjejś głowie nie słychać przez stetoskop." Ponadto osoby chorujące psychicznie często nie wiedzą, co się z nimi dzieje, nie zdają sobie sprawy z zaburzeń, nie są w stanie zgłosić się po pomoc, jak na przykład zrobiliby to w przypadku złamania kończyny, bólu brzucha czy innej fizycznej choroby. Więc chorują latami, doprowadzając do obniżenia jakości życia swojego, jak i swoich bliskich.
W psychiatrii nic nie jest pewne. Każdy przypadek jest zupełnie inny, ponieważ dotyczy skomplikowanej natury człowieka, indywidualnej osoby z różnym zestawem objawów, funkcjonującej w sobie znanym środowisku (a nie lekarza), z bagażem doświadczeń, traum...
Pewności powrotu do zdrowia nie dają nawet leki, gdyż także one budzą wiele kontrowersji.
A przecież liczba osób, potrzebujących pomocy psychiatrycznej ciągle wzrasta! Okazuje się, że nie tylko w Polsce dokonuje się cięć finansowych na zdrowie psychiczne w publicznym budżecie zdrowotnym. O podobnej sytuacji dowiadujemy się z książki. Dr Waterhouse przedstawia to w dowcipny sposób, który jednak okazuje się być najprawdziwszą i wcale nie śmieszną prawdą: "(...)sztuka psychiatrii zdaje się mniej dotyczyć ratowania umysłów, a bardziej ratowania wolnych łóżek i wyszukiwania powodów, dla których pacjentom można odmówić leczenia z ograniczonych środków NHS" (odpowiednik polskiego NFZ). A pacjenci, którzy w trybie pilnym powinni zostać przyjęci do szpitala psychiatrycznego, ponieważ zagrażają życiu swojemu lub innym ludziom, muszą czekać na wolne miejsce kilka tygodni. Natomiast lekarze są tak zmęczeni i obciążeni ilością pacjentów i związanych z tym obowiązkami, że nie trudno o brak empatii, pomyłkę czy wypalenie zawodowe.
"Nie musisz być szalony, żeby tu pracować" to tragiczny obraz stanu psychiatrii, przedstawiony jednak w tak dowcipny i fascynujący sposób, że nie można się od tej książki oderwać! Bardzo nie lubię porównań do innych osób, ale jeśli miałabym teraz kogoś tylko tym przekonać, to to zrobię, wbrew sobie: jeśli czytaliście Adama Kay'a i spodobał się Wam jego sposób pisania o zawodzie lekarza i ludzkim ciele (napisał m.in. "Będzie bolało", "Twoja anatomia"- recenzowałam tutaj), to trafi do Waszych serc również dr Benji Waterhouse. Dzieli się on swoimi odczuciami, obserwacjami i doświadczeniem początkującego psychiatry, przeplatając to osobistymi zwierzeniami na temat swojego życia prywatnego. A przecież, któż z nas nie lubi zaglądać do czyjegoś życia?
Na zakończenie, istnieje stereotyp, że psychiatrzy sami mają problemy ze
swoją psychiką (podobna opinia panuje o psychologach...). Czytając
historię autora tej książki, można zacząć się zastanawiać, czy czasem
wykonywanie zawodu psychiatry dopiero nie doprowadza człowieka do
choroby natury psychicznej. Myślę, że to bardziej prawdopodobne...
💥
Wpis powstał we współpracy z Wydawnictwem Znak,
nie miało to jednak wpływu na moją opinię o książce.
Dziękuję za przekazanie egzemplarza recenzenckiego!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dziękuję za każdą opinię :) Twoje zdanie na ten temat jest dla mnie niezwykle ważne.