poniedziałek, kwietnia 14, 2014

WOJNA O PRZEDSZKOLA, CZYLI REKRUTACJA 2014

Kilka tygodni temu zakończył się pierwszy etap rekrutacji do przedszkoli. Nasz prawie 3-letni Rysio z uśmiechem i dumą odwiedzał pobliskie placówki, poznawał wychowawczynie, bawił się z rówieśnikami, mógł wejść do przedszkolnych sal i poczuć się, jak prawdziwy przedszkolak. Wszystko to w ramach tak zwanych "Dni otwartych". Organizacja tego typu prezentacji przedszkola bardzo niemile mnie zaskoczyła. Spodziewałam się raczej tego, do czego przyzwyczaiłam się w swoim miejscu pracy- w szkole podstawowej. To znaczy uśmiechniętej dyrekcji, pomocnego grona pedagogicznego, przedstawicieli Rady Rodziców, z którymi można szczerze porozmawiać, przedstawicieli uczniów, zajęć pokazowych, upominków dla przyszłych wychowanków, kolorowych wystaw z pracami dzieci, a także miłej ogólnej atmosfery miejsca. Tak robi się to u nas w szkole i wcale nie jesteśmy ideałami czy wyjątkami, dzieje się tak we wielu instytucjach tego typu. Dodam- publicznych instytucjach! Tymczasem odwiedzając przedszkola i występując po raz pierwszy w takim miejscu w roli Rodzica, usłyszeliśmy od jednej pani dyrektor, że nie będzie z nami "rozmawiać w takich warunkach, proszę wyprowadzić dzieci do drugiej sali"... Pani, która jest dyrektorem przedszkola powinna być przyzwyczajona do głośnego sposobu bycia trzylatków i zdawać sobie sprawę, że taka sytuacja prawdopodobnie w większości przypadków wywoła stres u malucha i może zrazić do tego miejsca! A poza tym zraża rodziców takich zachowaniem. Zero serdeczności, uśmiechu, podejścia do dzieci. Brrr, nie chciałabym mieć już kontaktu z tą kobietą... Całe szczęście, reszta grona pedagogicznego oraz pracowników wykazała więcej zaangażowania.



W innej placówce, pani dyrektor szybko się przedstawiła, oznajmiła, że zasady rekrutacji są dostępne w internecie i jeśli dzieci mają ochotę mogą się chwilę pobawić w sali, po czym szybko uciekła nie wiadomo dokąd, pozostawiając rodziców i dzieci samym sobie...

W jeszcze innym przedszkolu, od samego otwarcia drzwi, przyszłe przedszkolaki wraz z rodzicami mogli zwiedzać budynek, bawić się we wszystkich salach, rozmawiać z wychowawcami, lecz zabrakło kontaktu z dyrekcją. Będąc pierwszy raz w tym miejscu, nikt nie rozpoznał pani dyrektor, a powinna się przecież przedstawić i powiedzieć do odwiedzających COKOLWIEK.

A może to ze mną jest coś nie tak? Może mam wygórowane oczekiwania?

Razem z Mężem wybraliśmy 3 placówki publiczne blisko naszego miejsca zamieszkania, uszeregowane według naszych preferencji. I rozpoczęła się walka o przyjęcie do przedszkola. Wyścig, rywalizacja, starcie. W tym roku obowiązywały nowe, inne niż dotychczas kryteria rekrutacji. Zasady te w dużej części były ustalane przez urzędy miast i/lub inne ważne organy, w związku z tym, warunki, które należało spełnić u nas w Poznaniu, mogły się różnić od tych obowiązujących np. w Lusówku pod Poznaniem, a jeszcze inne w Warszawie, Gdańsku itd. Dla przykładu w Poznaniu były to uszeregowane według ważności kryteria takie jak:
- wielodzietność kandydata
- niepełnosprawność kandydata lub jednego z rodziców lub obojga rodziców lub rodzeństwa kandydata,
- samotne wychowywanie kandydata w rodzinie,
- objęcie kandydata pieczą zastępczą,
- zatrudnienie obojga rodziców,
- rodzeństwo kandydata uczęszczające w roku szkolnym, na który jest prowadzona rekrutacja do tego przedszkola,
- miejsce zamieszkania kandydata w obwodzie przedszkola,
- zgłoszenie kandydata na pobyt całodzienny,
- rodzice kandydata odprowadzili podatek dochodowy za rok 2013 w Poznaniu,
- miejsce pracy co najmniej jednego z rodziców znajduje się w obwodzie przedszkola.
Za każde spełnione kryterium otrzymywało się określoną z góry ilość punktów. To były oficjalne zasady, jednak w jednej z placówek dyrekcja otwarcie przyznała, że dzieci rodziców, którzy pracują poza Poznaniem, właściwie nie mają szans na miejsce w przedszkolu... Widocznie istniały także jakieś mniej oficjale warunki przyjęcia.

Do przedszkola dostała się określona przez dyrektora liczba osób z największą ilością punktów. W naszym obwodzie było to minimum 41 punktów, ale na innym osiedlu też w Poznaniu było to 39 punktów.

Z osiedla, na którym mieszkamy (zaledwie 4 bloki) zapisało się 25 dzieci, czyli powstałaby z nas jedna cała grupa maluchów. Kiedy ogłoszono zasady rekrutacji, głównym tematem rozmów spacerujących po osiedlu rodziców stało się oczywiście przedszkole. Każdemu z nas po równo zależało, by nasz trzylatek się tam dostał, a najlepiej, by wszystkie "nasze" dzieciaki znalazły się w jednym miejscu. Kiedy jedni marzyli o wspólnej drodze do i z przedszkola lub wymieniali informacje o wychowawcach, inni przechwalali się każdemu napotkanemu, że "znają dyrekcję, więc nie muszą się już martwić"! Dosłownie! Szczyt bezczelności, a może raczej prostactwa... Byli też tacy, którzy bez ogródek przyznawali się, że w związku z tym, że żyją razem, lecz bez ślubu, zgłoszą samotne wychowywanie dziecka, co zapewni im pewne miejsce w każdym przedszkolu. Tacy ludzie budzą mój niesmak, ale też i wywołują stres, bo ja nie liczę na znajomości, ani nie kombinuję, "co, by tu zrobić, by...". Byłam więc niemal pewna, że MY nie mamy szans w naszej wybranej placówce. Wieczór przed ogłoszeniem wstępnych wyników rekrutacji pisałam już w myślach odwołanie..

Na ogłoszenie wyników, które miało nastąpić w samo południe, szliśmy tłumnie z naszego osiedla. Wszyscy zestresowani, choć jedni pewni swojego sukcesu, inni pogodzeni z porażką, każdego i tak zżerały nerwy. Na tablicy ogłoszeń wywieszono 40 nazwisk szczęśliwców i dwa razy tyle pechowców...
Spojrzałam na krótszą listę z lenistwa, bo mniej było do czytania...
Tego się nie spodziewałam...
Nie mogłam uwierzyć, a jednak naszemu Ryśkowi i nam się udało! Rysiek zostanie przedszkolakiem! Hurrrra!
Młody skakał z radości, lecz kiedy okazało się, że idziemy już do domu, wpadł w 40-minutową histerię, że on chce iść do dzieci, tam do sali i się bawić... Trudno mu było wytłumaczyć, że wrócimy tutaj za kilka miesięcy. Dzieciaki w tym wieku, przecież nie znają pojęcia czasu. Dla nich istnieje tylko tu i teraz....

Niestety okazało się również, że z 25 chętnych sąsiadów dostało się tylko 3. Wielka szkoda, wszyscy żałują, bo miało być tak pięknie. Polały się łzy i to rodziców, a nie maluchów. Rzeczywistość okazała się jednak jeszcze bardziej brutalna. Niektórym, tym z grupy, której się nie poszczęściło, puściły nerwy. Wieczorem, przy osiedlowych ławkach i klatkach zaczęły się krzyki, wzajemne oskarżenia. Co ciekawe, najgłośniej awanturowali się ci, którzy podobno mieli znajomości i chwalili się oszustwem na deklaracji przyjęcia do przedszkola. Bo to między innymi im właśnie się nie udało! Odpadli, przegrali, lecz jakoś ich nikomu nie żal...

Pozostałym się współczuje i nie można się pogodzić, że im się nie udało. Rozumiem ich emocje, ich złość, rozgoryczenie. Mamy w kraju politykę anty-rodzinną, to jest chore, by tworzyć rywalizację już na poziomie przedszkola! 2,3 chętnych na jedno miejsce to raczej statystyka na pospolitym kierunku studiów, a nie na pierwszym etapie edukacji! O jakim wyrównywaniu szans mówią politycy? O jakiem dobrym starcie naszych dzieci? O jakiej pomocy dla pracujących rodziców, nie wspominając nawet o matkach, które po urlopie wychowawczym chciałyby wrócić do pracy?!

Moje dziecko się dostało, lecz i tak jestem wzburzona całą zaistniałą sytuacją. Tym bardziej mi przykro, gdyż, po kilku dniach okazało się, że niektórzy znajomi przestali się do siebie odzywać, a inni (ci wcześniej pewni siebie) roznoszą ploty o tych, którym się udało, że są oszustami. No tak, skoro nie biegałam po osiedlu z informacją, że znam "pewną ważną osobę" lub że zrobię jakiś przekręt, to na pewno coś kombinowałam... Bo przecież uczciwym się nie udaje...

Właśnie to mnie najbardziej w tej historii wkurza...

4 komentarze:

  1. Czytam to, co piszesz i do głowy przychodzi mi wiele wniosków. Po pierwsze to, co moim zdaniem odzwierciedla wszystko: chyba nigdy u nas nie jest tak jak powinno być. Dyrekcja nie pojawia się na spotkaniach lub je lekceważy? Pewne wychodzi z założenia, że i tak chętni będą, więc nie ma sensu się wysilać. Nasz kraj daleki jest od polityki prorodzinnej. Zamyka się przedszkola publiczne żeby za chwile dawać dotacje na prywatne, które są bardziej znaczące dla budżetu państwa. Mama, czy tata w naszym kraju martwią się o swoją karierę przez dziecko, bo (zwłaszcza kobieta) stają się mniej atrakcyjni dla pracodawcy po jego urodzeniu. Wszystko to tworzy w ludziach rozgoryczenie i sytuacje, w których zazdrość jest przyczyną wielu niedomówień. Ot, Polska. Życzę Tobie i sobie, aby się to zmieniło i wreszcie było bardziej pozytywnie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Przeżywałam podobną sytuację rok temu. My wpisaliśmy w system 7 przedszkoli i nasz synek nie dostał się do żadnego z nich! Było to spowodowane systemem punktacji (samotne rodzicielstwo: 132 punkty; oboje pracujący rodzice + rozliczanie się w Warszawie - 64 punkty) i nadużywaniem tego przez ludzi. W efekcie dowozimy dziecko autobusem (8 przystanków) do całkiem niezłego przedszkola publicznego, ale jest to uciążliwe. O polityce "prorodzinnej" naszego państwa to nawet nie chce mi się już pisać...

    OdpowiedzUsuń
  3. alicja tysiac6 maja 2014 15:35

    Córka nie dostała przedszkola w Białymstoku, ale tego akurat się spodziewaliśmy. Pójdzie do prywatnego Kangurka, niedaleko naszego domu. Czy to źle? Moim zdaniem nie. Oglądaliśmy przedszkola w naszym mieście i po prostu widzę z jakim standardem mamy do czynienia. Szok - prywatne są 40 lat do przodu z wyposażeniem.

    OdpowiedzUsuń
  4. O z Poznania, to nie daleko, ja jestem ze Środy Wielkopolskiej. U mnie jeszcze trochę czasu zanim Małego do przedszkola wyślę. Ma dopiero 1,5 roku. Ale coś na ten temat wiem. Cóż no można by powiedzieć, że ja jestem z tych którzy chcąc nie chcąc będą mieli znajomości... W jednym z naszych przedszkoli publicznych pracuję moja siostra (co prawda od września przechodzi do żłobka, ale to wszystko jest pod jedną spółkę) , moja mama też pracowała w innym przedszkolu, teraz jest też z przedszkolami powiązana, bo jest w firmie zajmującej się wyżywieniem dzieci przedszkolnych i szkolnych. Choć gdybym nawet nie miała znajomości, to myślę, że jeśli się Maluch nie dostanie to jest tez kilka prywatnych przedszkoli, gdzie ceny nie różnią się zbytnio od tych publicznych. Oczywiście są też takie gdzie koszt pewnie by mnie zwalił z nóg, ale o tych nawet nie myślę. Uważam, że masz rację, że niezbyt fajnie na tych drzwiach otwartych Was traktowali. Moja siostra jak była na drzwiach otwartych to mówiła, że organizują zawsze dzieciakom jakieś fajne zajęcia, zapoznają wstępnie z różnymi paniami nauczycielkami, generalnie starają się przedszkole jak najlepiej zareklamować i być przyjaźnie nastawionym. Ale jeśli chodzi o kryteria to tez są takie. Tez ludzie kombinują. Też są oszustwa, że samotnie wychowujące matki na papierku... też są znajomości, w dzisiejszych czasach bez znajomości ciężko jest cokolwiek załatwić. W jednym z przedszkoli Dyrektorka np. zwraca też uwagę na to czy rodzina jest zamożna. Czy rodzice będą chętni ewentualnie robić później różnego typu dofinansowania czy sponsorowanie pewnych rzeczy w przedszkolu. Załatwia i kombinuje jak umie, ale w sumie dzięki temu przedszkole wygląda jak wygląda, bo z państwowych pieniędzy mało co by tam wyremontowała i zrobiła... Takie mamy czasy - wyścig szczurów trwa...

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdą opinię :) Twoje zdanie na ten temat jest dla mnie niezwykle ważne.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...